Tytuł: Pragnienie
Tytuł oryginału:
Autor: Carrie Jones
Ilość stron: 308
Wydawnictwo: Bukowy Las
Ta pozycja należy do grona książek z moich ostatnich bibliotecznych podbojów. Aż wstyd przyznać, że znowu zdarza mi się wybierać książki biorąc pod uwagę głównie okładkę. Cały czas próbuję oduczyć się tego strasznego nawyku, ale nie da się ukryć, że to właśnie pierwsze wrażenie po odnalezieniu książki na półce zazwyczaj decyduje o naszym wyborze.
Tak w skrócie przedstawia się opis na tylnej okładce. Muszę przyznać, że wyglądał bardzo zachęcająco. Niestety tylko wyglądał. Fabuła jest strasznie przewidywalna, a przez "pierwsze" 150 stron nudziłam się jak mops. Dopiero pod koniec książki akcja zaczyna nabierać tempa, a jak mówię "pod koniec" to mam na myśli naprawdę ostatnie 40 stron. Męczyłam tę książkę przez niemiłosiernie długi okres czasu - zaczęłam czytać w połowie września, a dopiero kilka dni temu ją skończyłam.
Bohaterowie są po prostu nudni, i nawet zmiennokształtność niektórych nie zrobiła na mnie wrażenia (mimo, że w innych książkach po prostu ich ubóstwiam <3) Oczywiście zdarzały się wyjątki. Jednym z nich była Issie - przyjaciółka Zary. Energiczna, zabawna, słodka i optymistycznie patrząca na świat. Uwielbiam takich ludzi, bo jako urodzona pesymistka dzięki nim także się uśmiecham :) Niestety w tej książce było jej jak na lekarstwo, więc nie mogłam za bardzo nacieszyć się jej towarzystwem. Główna bohaterka oprócz imienia nawiązującego do znanej marki odzieżowej, nie wyróżnia się niczym szczególnym. Nic w jej zachowaniu nie ekscytuje, nic nie dziwi. Miejscami wręcz mnie irytowała. Czasem miałam wrażenie, że jej motto życiowe to "Zabronili mi wchodzić do lasu po zmroku, ale ja będę odważna i pójdę tam mimo wszystko" Po prostu ręce opadają.
Niektóre wątki zapowiadały się bardzo ciekawie, ale najczęściej autorka zostawiała je na pastwę losu bez sowa wyjaśnienia. Wszystko było za proste i działo się za szybko. Opisy ograniczały się do minimum, żeby zrobić miejsce dla tej jakże ciekawej "akcji". Naprawdę nie wiem ile razy autorka wspomniała, że w Maine jest zimno i często pada śnieg, a w lesie jest strasznie. Osobiście lubię jak w książkach pojawiają się nowe rasy i stworzenia, ale teraz jakoś to do mnie nie dotarło. Mamy tutaj do czynienia z żyjątkami elfo-podobnymi noszącymi wdzięczną nazwę "Piksy". Nie wiem dlaczego, ale mi ta nazwa kojarzy się z kucykami Pony, w każdym razie głupszej w życiu nie słyszałam. Piksy są bardzo piękne, niesamowicie szybko biegają i z tego co zapamiętałam z lektury mają niebieską skórę (jakby to miało jakieś znaczenie). Ich władcą jest król piksów, a jeśli w odpowiednim czasie nie zaspokoi swojego pragnienia posiadania królowej, zaczyna zabijać młodych chłopców i żywić się ich krwią. Co to w ogóle ma być? Nieumiejętne skrzyżowanie wampira z elfem?
Sam pomysł jest ciekawy i nie za bardzo schematyczny. Myślę, że jeśli autorka do końca tego nie zepsuje to druga część pt. "Zniewolenie" ma szansę naprawić błędy poprzedniczki, a co za tym idzie poprawić swoją opinię w moich oczach. Pożyjemy, zobaczymy, ale na dzień dzisiejszy raczej nie polecam.
Moja ocena: 3/10
Ola