Tytuł: Gwiazd naszych wina
Tytuł oryginału: The Fault In Our Stars
Autor: John Green
Ilość stron: 312
Wydawnictwo: Bukowy las
Hazel Grace Lancester ma szesnaście lat, a od trzech choruje na raka tarczycy w czwartym stadium z przeżutami do płuc. Przez to nie może samodzielnie oddychać i jest uzależniona od aparau tlenowego, którego ochrzciła Philipem. Przetestowano już mnóstwo leków, z których do tej pory zadziałał tylko jeden. Mimo to dziewczyna wie, że nie jest on w stanie przywrócić jej zdrowia, a tylko "wykupić" dodatkowy czas, który będzie mogła spędzić na czytaniu i oglądaniu American's Next Top Model. W trosce o jej stan psychiczny rodzice posyłają Hazel na cotygodniowe spotkania grupy wsparcia, których niecierpi i nie widzi w nich najmniejszego sensu. Jednak to właśnie na jednym z takich spotkań dziewczyna poznaje Augustusa Watersa - charyzmatycznego i zabawnego chłopaka z amputowaną nogą. Nie wie jeszcze, że od tego spotkania nic nie będzie już takie samo, a w życiu obojga nastąpi zwrot o 180°.
Może zacznijmy od tego, że kompletnie nie wiem co napisać o tej genialnej aż do przesady książce. Po prostu siedze i zastanawiam się jak zapełnić rażącą w oczy pustkę na ekranie komputera, ale nic nie przychodzi mi do głowy. Wątpię, aby pod koniec któreś w Was mogło określić tę recenzję mianem składnej i treściwej, ale pomyślałam, że kiedy ją napiszę choć na chwilę pozbędę się uczucia wszechogarniającej pustki, które towarzyszy mi tak naprawdę już od dnia, kiedy skończyłam ją czytać (czyli w sumie tego samego, którego ją odebrałam z poczty) Podczas czytania poprzedniej powieści tego autora, czyli w moim wypadku Szukając Alaski na własnej skórze doświadczyłam skali talentu jakim on dysponuje, jednak to co zastałam w jego najnowszej powieści po prostu zwaliło mnie z nóg i przez bardzo długi czas nie pozwalało się podnieść.
" - Czasami ludzie nie rozumieją wagi obietnic, gdy je składają - wyjaśniłam.
Isaac spojrzał na mnie ze zdumieniem.
- No jasne, oczywiście. Ale i tak należy ich dotrzymywać. Na tym polega miłość. Miłość to dotrzymywanie obietnic wbrew wszystkiemu."
"Świat nie jest istytucją zajmującą się spełnianiem życzeń."

Coś co zdecydowanie odróżnia tę książkę od innych to sposób w jaki autor przekazuje czytelnikowi wszystko co ma do przekazania. Wychodzę z założenia, że książki są po to, aby nas czegoś nauczyć, a John Green dzięki doskonałej znajomości nastoletniej psychiki umie trafić ze swoim przekazem bardzo głęboko do młodych serc i umysłów. Nie wali prosto z mostu, nie używa niezrozumiałych metafor, ale balansuje na krawędzi tych dwóch dróg. Dzięki lekkiemu stylowi pisania i ironicznemu poczuciu himoru, które spotkać można na każdym kroku zapoczątkował przełom w literaturze młodzieżowej. Uważam, że inni auorzy powinni brać z niego przykład, a nie tworzyć kolejne kiczowate kopie którejś z bestsellerowych powieści o wampirach. Całe szczęście, że już powoli odchodzi się od tego zwyczaju.
Jeszcze zanim przeczytałam tę książkę podejrzewałam jakie może być jej zakończenie. Mimo wszystko do samego końca nie mogłam przyjąć tego do wiadomości. No właśnie "nie mogłam", ale może było to raczej "nie chciałam"? Nikłe nadzieje pokładałam w tym, że pod koniec wszystko się wyjaśni, zmieni na lepsze, a moje najgorze obawy jakimś cudem się nie ziszczą, jednak to co zafundował nam John Green przerosło moje najśmielsze oczekiwania, a za razem złamało serce. Chyba będę musiała przyzwyczaić się, że w jego książkach nie ma miejsca na szczęśliwe zakończenie. Teraz bez bicia mogę to powiedzieć. John Green to jeden z najokrutniejszych autorów jakich znam. Przebija nawet Michaela Granta, który w swojej serii zabił z niemałą satysfakcją 3/4 swoich bohaterów. Tam jednak postacie przychodziły i odchodziły tak szybko, że czytelnik był w jakimś stopniu przygotowany na to, że jego ulubiony bohater prędzej, czy później pożegna się z życiem. John Green to zupełnie inny typ. Najpierw tworzy przepiękną historię i napawa czytelnika nadzieją, a później niszczy to co sam zbudował z takim okrucieństwem, że teraz sama nie wiem, czy bardziej go kocham, czy nienawidzę.
Na dzisiejszej lekcji religii moja katechetka powiedziała coś naprawdę mądrego. Może nam być smutno, może nam być przykro, ale zapłakać możemy tylko wtedy, kiedy odejdzie ktoś naprawdę bliski. A przy czytaiu "Gwiazd naszych winy" wylałam miliony łez. Bo czasami trafiamy na taką książkę, po której przeczytaniu kłębi się w głowie tyle myśli, że za nic w świecie nie jesteśmy wstanie normalnie funkcjonować. Tak samo mam teraz. Prawdę powiedziawszy piszę tę recenzję od soboty dopisując codziennie po kilka nowych zdań, ale nadal nie zawiera ona wszystkiego co chciałabym powiedzieć. Chyba najlepiej będzie kiedy po prostu przestanę się już zastanawiać co jeszcze warto dopisać, bo tym sposobem nigdy nie opublikuję tego tekstu. Ta historia jest piękna w każdym znaczeniu tego słowa, a fakt, że zakończyła się właśnie 14 lipca sprawił, że dla mnie stała się jeszcze piękniejsza. No bo czy to nie cudowne, że akcja książki, która i tak wiele dla ciebie znaczy zakończyła się właśnie w dniu twoich urodzin? Zwykła data. Dzień i miesiąc, ale dla mnie znaczy coś więcej. Czytając tę książkę miałam wrażenie, jakby autor napisał ją specjalnie dla mnie, że ostatnia - 312 strona to jeszcze nie koniec, bo teraz czas, abym wzięła sprawy w swoje ręce.
Zwykle jestem zadowolona kiedy jakaś powieść wciągnie mnie na tyle, że szybko ją skończę, ale tym razem nie cieszę się ani trochę. Co więcej, mam do siebie ogromny żal, bo ta historia zdecydowanie nie zasluguje na tak szybki koniec. W nią należy się wsłuchać, pozastanawiać się nad jej treścią i delektować każdym słowem, o czym ja kompletnie zapomniałam. Kilka godzin... tylko tyle potrzebowałam, aby pochłonąć wszyskie 312 stron. To zdecydowanie za mało na wykonanie choć częsci wyżej wymienionych czynności. Kiedy ktoś zapytał mnie dlaczego "Gwiazd naszych wina" tak bardo mi się podobała najpierw przez głowę przeleciało mi milion różnych powodów, ale po chwili zastanowienia kompletnie odebrało mi mowę, ponieważ żaden z nich nie wydawał się wystarczająco dobry. Prawdę powiedziawszy na dzień dzisiejszy nadal nie wiem jakim cudem tak bardzo pokochałam tę książkę. Może był to zwykły przypadek, a może zadziałało przeznaczenie? Tego nie wie nikt i nie mam zamiaru się nad tym zastanawiać.
"Wydawało się, że to było całe wieki temu, jakbyśmy przeżyli krótką, ale mimo to nieskończoną wieczność. Niektóre nieskończoności są większe niż inne."

Zwykle jestem zadowolona kiedy jakaś powieść wciągnie mnie na tyle, że szybko ją skończę, ale tym razem nie cieszę się ani trochę. Co więcej, mam do siebie ogromny żal, bo ta historia zdecydowanie nie zasluguje na tak szybki koniec. W nią należy się wsłuchać, pozastanawiać się nad jej treścią i delektować każdym słowem, o czym ja kompletnie zapomniałam. Kilka godzin... tylko tyle potrzebowałam, aby pochłonąć wszyskie 312 stron. To zdecydowanie za mało na wykonanie choć częsci wyżej wymienionych czynności. Kiedy ktoś zapytał mnie dlaczego "Gwiazd naszych wina" tak bardo mi się podobała najpierw przez głowę przeleciało mi milion różnych powodów, ale po chwili zastanowienia kompletnie odebrało mi mowę, ponieważ żaden z nich nie wydawał się wystarczająco dobry. Prawdę powiedziawszy na dzień dzisiejszy nadal nie wiem jakim cudem tak bardzo pokochałam tę książkę. Może był to zwykły przypadek, a może zadziałało przeznaczenie? Tego nie wie nikt i nie mam zamiaru się nad tym zastanawiać.
"- Okay - powiedział, gdy minęła cała wieczność. - Może "okay" będzie naszym "zawsze"?Moja ocena: 9/10
- Okay - zgodziłam się."